Dyscyplina nie jest sexy. Ale to ona dowozi wynik.
Dyscyplina.
Słowo, które wielu osobom od razu kojarzy się źle.
Z karą.
Z rygorem.
Z zaciskaniem zębów.
Z kimś, kto stoi nad Tobą i mówi:
„masz zrobić”.
Tylko że prawdziwa dyscyplina wcale nie zaczyna się od kary.
Zaczyna się od nauki.
Od łacińskiego disciplina. Od uczenia. Od instrukcji.
Od prowadzenia człowieka krok po kroku.
Dla mnie to jest bardzo ważne ponieważ nie jest sexy. Ale to ona dowozi wynik.
Dyscyplina.
Słowo, które wielu osobom od razu kojarzy się źle.
Z karą.
Z rygorem.
Z zaciskaniem zębów.
Z kimś, kto stoi nad Tobą i mówi:
„masz zrobić”.
Tylko że prawdziwa dyscyplina wcale nie zaczyna się od kary.
Zaczyna się od nauki.
Od łacińskiego disciplina. Od uczenia. Od instrukcji.
Od prowadzenia człowieka krok po kroku.
Dla mnie to jest bardzo ważne ponieważ często mylimy dyscyplinę z zapierdzielaniem bez sensu.
A to nie o to chodzi.
Dyscyplina nie polega na tym, żeby kogoś złamać.
Dyscyplina polega na tym, żeby kogoś nauczyć.
Pokazać drogę. Dać ramy.
Powtarzać podstawy tak długo, aż przestaną być wysiłkiem, a staną się sposobem działania.
W sprzedaży. W rekrutacji. W zarządzaniu. W życiu.
Człowiek nie rośnie od wielkich planów.
Człowiek rośnie od powtarzania rzeczy, które mają sens.
I właśnie dlatego dyscyplina nie jest sexy.
Nie robi szumu na LinkedInie.
Nie wygląda dobrze na stories.
Nie ma w niej fajerwerków.
Ale to ona bardzo często robi różnicę między:
„chcę”
a
„mam”.
W 1998 roku nie umiałam tego tak nazwać
Kiedy zaczynałam w 1998 roku w OFE, nikt nie mówił mi o lejku sprzedaży.
Nikt nie tłumaczył KPI. Nikt nie rysował dashboardów.
Nikt nie robił prezentacji o mindsetcie, skalowaniu, rytmie, procesie i całej tej pięknej biznesowej poezji, którą dzisiaj tak chętnie wkładamy w slajdy.
Wychodziłam rano z domu.
Często około 7:00.
I kiedy padało pytanie:
„kiedy wrócisz?”
odpowiadałam:
„jak zrobię 10 sztuk.”
Nie:
„jak będę miała dobry dzień”.
Nie:
„jak ludzie będą mili”.
Nie:
„jak poczuję flow”.
Nie:
„jak wszystko dobrze się ułoży”.
Tylko:
jak zrobię 10 sztuk.
Bo wiedziałam, po co wychodzę.
Wiedziałam, że te 10 sztuk ma znaczenie.
Dla wyniku. Dla prowizji.
Dla mojego poczucia, że nie udaję przed sobą pracy.
Dzisiaj nazwałabym to procesem.
Aktywnością.
Rytmem sprzedażowym.
Dyscypliną.
Wtedy?
To była po prostu robota.
Bez wielkich nazw. Bez ładnych slajdów. Bez motywacyjnych cytatów. Bez codziennego pytania siebie, czy mi się chce.
Prawda jest taka, że bardzo często mi się nie chciało.
Tylko co z tego?
Telefon sam się nie wykonał. Spotkanie samo się nie umówiło. Deklaracja sama się nie podpisała.
Prowizja z zera naliczy się zero.
I tu zaczyna się temat, o którym w biznesie ciągle mówi się za mało.
O sukcesie mówi się chętnie. O wolności. O pieniądzach. O marzeniach.
O tym, że można więcej.
Można.
Tylko dużo rzadziej mówi się o tym, ile razy trzeba zrobić coś nudnego, powtarzalnego i mało widowiskowego, zanim to „więcej” w ogóle się pojawi.
Dyscyplina źle się sprzedaje
Dyscyplina nie wygląda efektownie.
Nie ma sceny. Nie ma braw. Nie ma szybkiej dopaminy.
No bo jak pokazać codzienność?
Dziesiąty telefon. Kolejny follow-up. Odmowę. Powrót do rozmowy.
Notatkę po spotkaniu.
Pusty kalendarz, który trzeba samemu zapełnić.
Dzień, w którym człowiek ma mniej energii, ale i tak robi swoje.
To nie jest atrakcyjne.
Ale właśnie tam robi się wynik.
Nie w wielkich planach. Nie w tym, że ktoś „dobrze rokuje”.
Potencjał bez dyscypliny jest tylko ładną obietnicą.
A biznes nie płaci za obietnice.
Biznes płaci za dowiezione rzeczy.
W muzyce i sporcie nikt się nie obraża na powtórzenia
W sporcie i muzyce to jest dla nas oczywiste.
Pianista gra gamy. Wokalista ćwiczy oddech. Sportowiec powtarza ruch.
Tancerz robi ten sam układ tyle razy, że ciało zaczyna pamiętać szybciej niż głowa.
I nikt rozsądny nie robi z tego dramatu.
Wszyscy wiedzą, że bez powtórzeń nie ma mistrzostwa.
Mozart nie został Mozartem tylko dlatego, że ktoś powiedział:
„ale zdolne dziecko”. Tak, talent był.
Ogromny.
Ale za talentem bardzo szybko pojawiły się ćwiczenia, nauka, ojciec, instrument, powtarzanie i praca, której z zewnątrz już tak romantycznie nie widać.
Serena Williams nie weszła na kort jako gotowa legenda.
Michael Phelps nie zbudował kariery na jednym dobrym treningu.
Za wynikiem, który potem oglądamy przez kilka minut, stoją tysiące powtórzeń, korekt, poranków, zmęczenia i powrotów do podstaw.
I teraz najciekawsze.
W sporcie to rozumiemy.
W muzyce to rozumiemy.
A w biznesie czasem udajemy, że da się inaczej.
Że wystarczy dobry pomysł.
Jedno szkolenie. Jeden zryw. Jedna mocna decyzja.
Jedno:
„od poniedziałku ruszam”.
No nie.
Od poniedziałku to można kupić nowy notes.
Wynik robi się wtedy, kiedy w czwartek nadal robisz to, co obiecałaś sobie w poniedziałek.
Sama liczba powtórzeń nie wystarczy
Żeby była jasność.
Nie wierzę w bajkę, że wystarczy robić dużo i wszystko samo się ułoży.
Nie wystarczy.
Można zrobić sto telefonów bez refleksji.
Można odbyć dziesięć spotkań bez celu.
Można być bardzo zajętym i kompletnie nieskutecznym.
To nie o to chodzi.
Dyscyplina bez myślenia robi z człowieka maszynkę do odhaczania zadań.
A ja nie o takiej dyscyplinie mówię.
Mówię o dyscyplinie, która ma sens.
O pracy, po której człowiek umie sobie powiedzieć:
co zrobiłam? co z tego wynika? co trzeba poprawić? gdzie uciekł efekt?
co powtarzać?
czego nie ciągnąć dalej?
Powtarzalność bez wniosków to tylko kręcenie się w kółko.
Ale powtarzalność z refleksją zaczyna budować proces.
I wtedy robi się ciekawie.
Dzisiaj mamy więcej narzędzi, ale czasem mniej roboty
Dzisiaj mamy wszystko.
CRM-y. Automatyzacje. LinkedIna. Raporty. Lejki. Webinary. Konsultacje.
Strategie.
Piękne prezentacje.
I dobrze.
Nie mam nic przeciwko narzędziom.
Sama lubię, kiedy rzeczy są poukładane.
Tylko żadne narzędzie nie zrobi za człowieka jednej rzeczy:
nie podejmie decyzji, że dzisiaj też robię swoje.
Nawet jak mi się nie chce.
Nawet jak telefon waży tonę.
Nawet jak ktoś nie odbiera.
Nawet jak słyszysz:
„odezwę się”.
Nawet jak tydzień zaczyna się z energią, a kończy pokusą odpuszczenia.
Dyscyplina to decyzja.
Nie kara.
Nie spinanie się dla samego spinania.
Decyzja, że wynik jest ważniejszy niż chwilowy nastrój.
Decyzja, że nie będę żyła tylko zrywami.
Decyzja, że nie będę czekała na idealny moment.
Idealny moment w biznesie często nie przychodzi.
A jak przychodzi, to zwykle do tych, którzy i tak byli już w ruchu.
I dopiero tutaj wchodzi rekrutacja
Rekrutacja bardzo szybko pokazuje, czy naprawdę ją robisz.
Czy tylko dobrze o niej mówisz.
Bo można mówić:
„nie ma ludzi”.
„kandydaci nie odbierają”.
„trzeba wrócić do rekrutacji”.
„musimy ruszyć temat”.
„teraz jest trudny moment”.
I wszystko brzmi nawet sensownie.
Do chwili, kiedy pada jedno pytanie:
co konkretnie wydarzyło się w tym tygodniu?
Ile było telefonów? Ile rozmów? Ile spotkań? Ile rekomendacji? Ile follow-upów?
Ile decyzji?
Nie w głowie.
Nie w planie.
Nie w prezentacji.
Nie w rozmowie przy kawie.
Tylko realnie.
I wtedy często robi się ciekawie.
Nagle okazuje się, że rekrutacja nie była aż tak trudna.
Ona po prostu nie była robiona.
Była odkładana. Wciskana między spotkania. Przykryta bieżączką.
Zostawiona na:
„jak będzie spokojniej”.
A spokojniej w biznesie bywa rzadko.
Największy wróg wyniku nie zawsze jest na zewnątrz
Czasem największym wrogiem wyniku jest pełny kalendarz bez priorytetów.
Poniedziałkowy zryw i czwartkowa cisza.
A potem klasyk:
„nie ma ludzi”.
No nie ma.
Jeśli rekrutacja jest tylko w głowie, to przy pierwszym pożarze znika razem z energią.
Jeśli nie ma jej w kalendarzu, to nie ma jej w biznesie.
Jeśli nie ma aktywności, to nie ma procesu.
Jest tylko nadzieja.
A nadzieja rzadko dowozi wynik.
Nie romantyzuję zapierdzielu
Żeby było jasne.
Nie uważam, że trzeba robić wszystko, zawsze i za wszelką cenę.
Nie wierzę w mądre miny i hasła typu:
„wystarczy ciężko pracować”.
Nie.
Ciężka praca bez kierunku też potrafi zmęczyć i niczego nie zbudować.
Ale wiem jedno.
Bez dyscypliny nie ma powtarzalności.
Bez powtarzalności nie ma procesu.
Bez procesu nie ma wyniku, który da się przewidywać.
A w sprzedaży, rekrutacji i zarządzaniu nie wygrywa ten, kto najładniej mówi o potencjale.
Wygrywa ten, kto robi podstawy wtedy, kiedy inni już zdążyli sobie wytłumaczyć, dlaczego dzisiaj się nie da.
Dla mnie dyscyplina to nie wielkie słowo
Dla mnie dyscyplina to czasem bardzo proste rzeczy.
Wstać.
Wyjść.
Zadzwonić.
Poprosić o rekomendację.
Umówić spotkanie.
Wrócić do rozmowy.
Sprawdzić, co zostało zrobione.
Nie oszukiwać samej siebie.
Nie mówić, że „nie było czasu”, jeśli prawda jest taka, że nie było decyzji.
Można mieć pełny dzień. I pusty wynik. Można być bardzo zajętym.
I kompletnie nieskutecznym.
Można mówić o rekrutacji przez cały tydzień.
I nie zrobić ani jednego konkretnego kroku.
Dlatego coraz mniej wierzę w deklaracje.
A coraz bardziej patrzę na aktywności.
Bo one pokazują prawdę szybciej niż najładniejsza prezentacja.
Na koniec
Kiedyś nie wiedziałam, że mam „proces”.
Nie wiedziałam, że mam „mierzalną aktywność”.
Nie wiedziałam, że mam „rytm sprzedażowy”.
Wiedziałam tylko, że wychodzę rano i wracam, jak zrobię swoje.
Dzisiaj pewnie opisałabym to dużo ładniej.
Ale sens został ten sam.
Konsekwencja to kierunek.
Dyscyplina to decyzja.
Systematyczność jest na wagę złota.
I bardzo często to właśnie ona oddziela tych, którzy tylko chcieli, od tych, którzy naprawdę dowieźli.
Więc zanim znowu powiesz:
„nie mam czasu” „wrócę do tego później” „teraz nie jest dobry moment” „ludzie nie odbierają”
zadaj sobie jedno niewygodne pytanie:
co naprawdę zrobiłam albo zrobiłem w tym tygodniu?
Biznes nie pyta, czy było wygodnie.
Wspaniałego dnia 🙂
Asia
